Historia
Delfts blauw: czym naprawdę jest ta ceramika
Krótka i uczciwa historia niebiesko-białej ceramiki z Delft — oraz tego, co dziś kryje się pod tą nazwą.
4 min czytania
Jeśli byłeś kiedyś w Holandii, na pewno to widziałeś: biała ceramika pokryta rysunkiem w głębokim, chłodnym błękicie. Wiatraki, statki, kwiaty, czasem jedno krótkie zdanie. Holendrzy mówią na to delfts blauw, czyli dosłownie delfcki błękit. To nie jest jeden konkretny przedmiot, tylko cała rodzina wyrobów: talerze, dzbany, wazony i płaskie płytki ścienne, które w Holandii wiszą w kuchniach od czterystu lat.
Wszystko zaczęło się od porcelany, której nie dało się kupić
W XVII wieku holenderskie statki przywoziły z Azji chińską porcelanę. Była cienka, biała, zdobiona kobaltem i bardzo droga. Popyt rósł szybciej niż dostawy, a w pewnym momencie import się zachwiał. Powstała luka, którą ktoś musiał wypełnić.
Holenderscy garncarze nie znali receptury na porcelanę. Mieli za to lokalną glinę i cynową polewę, która po wypaleniu dawała gładką, nieprzezroczystą biel. Na takiej bieli można było malować tak, jakby to była porcelana. Efekt porcelaną nie był, ale z odległości dwóch metrów wyglądał podobnie i kosztował ułamek ceny. Tak narodził się cały gatunek.
Dlaczego akurat kobalt
Wybór koloru nie był kwestią gustu, tylko chemii. Piec ceramiczny osiąga temperatury, w których większość barwników po prostu znika albo zmienia się w brud. Tlenek kobaltu należy do nielicznych pigmentów, które to przeżywają i wychodzą z pieca w czystym, mocnym błękicie. Malowidło nie leży więc na powierzchni jak farba — jest zamknięte pod szkliwem i stanowi jedną całość z ceramiką. Dlatego stare płytki wciąż mają pełny kolor, choć ściany wokół nich zmieniały się kilkanaście razy.
Skąd wzięła się nazwa Delft
Delft to miasto w zachodniej Holandii. W XVII wieku upadła tam część browarów, a puste budynki nad kanałami przejęły warsztaty ceramiczne — miały wodę, transport i miejsce na piece. W szczytowym okresie działało ich w mieście kilkadziesiąt. Nazwa miasta przykleiła się do wyrobu tak mocno, że dziś oznacza styl, a nie pochodzenie. Podobne rzeczy powstawały w Haarlemie, Rotterdamie czy Makkum, a mimo to mówi się o nich delfts blauw.
Z tamtego okresu przetrwała jedna działająca manufaktura, De Porceleyne Fles, znana dziś jako Royal Delft. To osobna, realnie istniejąca firma i osobna półka cenowa. Warto o niej wiedzieć, bo słowo delft w sklepie może oznaczać zarówno jej wyrób, jak i pamiątkę z lotniska.
Płytka, czyli najbardziej domowa odmiana
Talerze i wazony trafiały do witryn zamożnych domów. Płytka poszła inną drogą — była tania, praktyczna i wisiała tam, gdzie się mieszka. To ona najdłużej została w codziennym użyciu i to ona doczekała się własnego gatunku tekstu, czyli krótkiej sentencji zwanej tegeltjeswijsheid. Więcej o tej drodze piszemy w artykule o historii holenderskiej płytki, a same wzory pokazujemy na stronie płytka w stylu delfts blauw.
Co jest zabytkiem, a co powstaje dzisiaj
To rozróżnienie ratuje przed rozczarowaniem przy zakupie. W obiegu są równolegle cztery zupełnie różne rzeczy:
- Ceramika zabytkowa, z XVII i XVIII wieku — muzea, aukcje, ceny liczone w tysiącach.
- Współczesne wyroby manufaktur, malowane ręcznie według dawnych wzorów, sygnowane i numerowane.
- Współczesna ceramika w stylu delfts blauw: wzór opracowany cyfrowo, naniesiony na płytkę i wypalony razem z nią. Prawdziwa ceramika i prawdziwy kobaltowy błękit, bez udawania, że to XVII wiek.
- Pamiątki, które ceramiką nie są w ogóle — nadruk na płycie drewnopodobnej albo naklejka na kaflu z marketu.
Uczciwy sprzedawca powie ci wprost, do której z tych czterech grup należy jego produkt. Jak sprawdzić to samodzielnie, opisujemy w tekście o tym, jak rozpoznać dobrą płytkę.
Dlaczego ten styl nadal działa
Można by pomyśleć, że czterowiekowa estetyka dawno się zużyła. Nie zużyła się, bo jest wyjątkowo oszczędna: dwa kolory, płaski rysunek, wyraźny kontur. Taki obraz czyta się z drugiego końca pokoju i nie kłóci się z niczym, co masz na ścianie. To samo ograniczenie, które kiedyś wynikało z możliwości pieca, dziś jest po prostu dobrym projektem graficznym.
Dlatego kobaltowy błękit dobrze znosi rzeczy, o których dawni garncarze nie mieli pojęcia — na przykład twarz z twojego zdjęcia przełożoną na dwa kolory albo zdanie, które w twojej rodzinie powtarza się od pokoleń.